07/09/2026
210 lat temu, 7 września 1812 r. rozegrała się słynna i niezwykle krwawa bitwa pod Borodino, która choć otworzyła Napoleonowi drogę do Moskwy, nie przyniosła oczekiwanego przezeń rozstrzygnięcia wojny, którym byłoby kompletne zniszczenie armii rosyjskiej. Walczył w niej przyszły właściciel Dobrzycy, gen. Kazimierz Turno (1778–1817), który na czele swojej 29 brygady lekkiej kawalerii uczestniczył w kluczowych dla przebiegu bitwy uderzeniach IV korpusu jazdy rezerwowej dowodzonego przez gen. Latour-Maubourga.
Jego brygada (3, 11 i 16 pułki ułanów) stanowiła wówczas jedyną siłę 4 dywizji lekkiej kawalerii gen. Aleksandra Rożnieckiego – druga jej brygada, nosząca nr 28 i dowodzona przez gen. Dominika Dziewanowskiego pozostała nad Dnieprem dla blokowania wciąż utrzymywanego przez Rosjan Bobrujska i ochrony komunikacji Wielkiej Armii. Obecność dowódcy dywizji, który faktycznie miał do dyspozycji jedynie brygadę Kazimierza Turny sprawia jednak, że nazwisko naszego bohatera często ginie w poświęconych tej bitwie opracowaniach, wspominających przede wszystkim wyższego ranga Rożnieckiego. Ułani Kazimierza Turny walczyli ramię przy ramieniu z drugą wielką jednostka IV korpusu jazdy rezerwowej – 7 dywizją ciężkiej kawalerii gen. Lorge, złożoną z saskich, westfalskich i polskich kirasjerów.
Pierwsze godziny bitwy Kazimierz Turno i jego brygada spędzili wraz z całym korpusem w osłonie armat wystawieni – jak pisał najwybitniejszy polski badacz tej bitwy Marian Kukiel –„na silny ogień rosyjski, ogień tem dotkliwszy, że wypadło wytrzymywać go, stojąc bezczynnie, nie walcząc. Więcej też strat poniósł ten korpus jazdy, trwając bez ruchu w osłonie dział, aniżeli w gwałtownych natarciach”.
Ułani Kazimierza Turny ruszyli do ataku dopiero po godzinie 11.00, gdy po przełamaniu frontu rosyjskiego i ciężkich stratach francuskiej piechoty Napoleon rzucił do zmasowanego ataku cztery swoje korpusy jazdy rezerwowej w lukę, jaka w ugrupowaniu przeciwnika wytworzyła się pomiędzy silnie obsadzoną przez resztki 2 armii rosyjskiej poległego gen. Piotra Bagrationa wsią Semenowskoje a głównym punktem rosyjskiego oporu, słynną później tzw. „wielką redutą” lub „redutą Rajewskiego”, która wówczas w gwałtownej walce wręcz przechodziła z rąk do rąk. Turno i jego ludzie dokonali wówczas wiele, choć w przeciwieństwie do wielu innych oddziałów „ich czynów nie zapisała żadna relacja” – najpierw odrzucili kontratakującą saskich i westfalskich kirasjerów jazdę rosyjska, a następnie – wspólnie z II korpusem jazdy rezerwowej uderzyli na nadchodzące nieprzyjacielskie posiłki z II i IV rosyjskich korpusów armijnych, zmuszając do przejściowego schronienia się w szykach piechoty dowódcę 1 armii rosyjskiej gen. Barclaya de Tolly i kilku innych wyższych dowódców, a w końcu wycofali się dopiero pod naporem dwóch odwodowych korpusów jazdy rosyjskiej.
Poświęcenie polskich, francuskich, saskich i westfalskich kawalerzystów, którzy odrzucili Rosjan i zepchnęli ich na niedogodne pozycje pod morderczy ogień francuskiej artylerii dało Napoleonowi do dziś dyskutowaną przez historyków szansę zadania decydującego uderzenia siłami swej gwardii, co dałoby „zwycięstwo godne nowego Austerlitz”. Napoleon z różnych powodów nie wykorzystał tej możliwości, a przez następne godziny – czy to z powodu bezwładu decyzyjnego, czy z braku innych możliwości wobec wykrwawienia piechoty francuskiej – kawalerzyści pozostali na pierwszej linii, ubezpieczając przesuniętą tam artylerie francuską, przy której „stały w ogniu morderczym pułki ułańskie Rożnieckiego w linię wyciągnięte, przy nich był sam Latour-Maubourg”.
Gdy po godzinie 15.00 oddziały francuskie przypuściły ostateczny szturm na rosyjską „wielką redutę”, główną rolę w jej zdobyciu odegrali sascy kirasjerzy, a ułani Kazimierza Turny uderzali na prawo od nich „szarżami zaciekłemi wiążąc tutaj siły nieprzyjacielskie”. Następnie zwycięskie, choć mocno przetrzebione korpusy jazdy napoleońskiej, rozwinąwszy się na równinie za zdobytą „wielką redutą”, atakowały zawzięcie czworoboki piechoty obu zachowujących jeszcze zwartość bojową korpusów rosyjskich, próbując po raz ostatni rozstrzygnąć losy bitwy, a ułani Kazimierza Turny o mało nie zawładnęli wówczas rosyjskimi bateriami artylerii. Przeciwuderzenia ostatnich rezerw kawalerii rosyjskiej sprawiły jednak, że „raz jeszcze nastąpił odwrót pomiędzy nietkniętymi czworobokami i kupami zbitemi piechoty rosyjskiej, pod ogniem morderczym”, kiedy to „ułani Rożnieckiego odrzucali raz jeszcze jazdę rosyjską”.
Nie było więc decydującego zwycięstwa (choć straty rosyjskie były około dwukrotnie wyższe), natomiast rezultatem bitwy była prawdziwa hekatomba walczących, idąca w dziesiątki tysięcy zabitych i rannych, w tym kadry dowódczej. Jak pisał przełożony Kazimierza Turny, gen. Aleksander Rożniecki, „z wyjątkiem pana pułkownika Adama Potockiego, wszyscy inni pułkownicy i wyżsi oficerowie z mojej dywizji, którzy wyszli w pole […] zostali albo zabici, albo ranni, a kilku wzięto w niewolę. […] Zabito pode mną trzy konie, Turno stracił dwa”. To jedyna pewna wiadomość o przyszłym właścicielu Dobrzycy. Czy jednak prócz straty koni był też ranny, jak zdaje się sugerować Rożniecki? Zapewne jednak – jeśli w ogóle – były to obrażenia niezbyt poważne. Nic nie wspomina o nich wzmiankujący Turnę miesiąc po bitwie i dobrze znający go ks. Antoni Paweł Sułkowski. Słowa Rożnieckiego nie były też do końca dokładne – podwładny Kazimierza Turny płk Adam Potocki, dowódca 11 pułku ułanów był bowiem ranny na tyle poważnie, ze musiał zostać odesłany do kraju, gdzie wkrótce zmarł, do niewoli dostał się natomiast kolejny z podległych Turnie dowódców – płk. Aleksander Radzimiński z 3 pułku ułanów. Jeszcze gorzej było wśród niższych szarż – wiadomo, że sam tylko 11 pułk ułanów stracić miał połowę ludzi i 23 spośród 26 oficerów. Nic wiec dziwnego, że na przełomie września i października 1812 r. cała 29 brygada stopniała do zaledwie 200 ludzi…
Co wówczas czuł, jak przeżywał gigantyczną i niezwykle krwawą bitwę przyszły właściciel Dobrzycy? Tego niestety się już nie dowiemy, nie pozostawił bowiem żadnej relacji o swoim udziale w kampanii, choć zapewne opowiadał o tym bratu Adamowi – ten jednak swych pamiętnikach pisał tylko o późniejszym zranieniu Kazimierza pod Berezyną. Z kolei walczący u boku Kazimierza Turny i lekko ranny w bitwie jego kuzyn Karol Turno (późniejszy generał i adiutant w. ks. Konstantego), opisał swój w niej udział w kilku zaledwie zdaniach. Pewna wskazówką co do przeżyć naszego bohatera mogą być jedynie dwie inne relacje: dość mu nieprzychylny gen. Dominik Dziewanowski ukazywał Kazimierza Turnę na początku kampanii jako pełnego, zapału i entuzjazmu, prącego za wszelką cenę do działania i walki, natomiast kolega z lat szkolnych, ks. Antoni Paweł Sułkowski, który spotkał go na początku października 1812 r. pisał do żony: „Turno bardzo rozpacza, że kampania była dla niego tak nieszczęśliwa”. Z pewnością był to właśnie efekt strat spod Borodino.
Na ilustracji bitwa na obrazie Louisa Lejeune z 1822 r. Fot. Wikimedia Commons.