17/02/2026
B̳Ó̳J̳ ̳B̳E̳Z̳K̳R̳W̳A̳W̳Y̳
Rozdział VIII - Powrót, który miał być początkiem (cz. II)
DOJRZEWANIE PROROCTWA
Po chorobie ks. Bronisław Markiewicz już nie wrócił do dawnego sposobu życia. Każdy dzień odczuwał jak dar odzyskany z rąk Boga. Kiedy kaszel ustępował, a oddech stawał się coraz swobodniejszy, nie mówił o cudzie. Nie lubił wielkich słów.
— Pan Bóg pozwolił — odpowiadał, gdy ktoś wyrażał zdumienie.
Jednak w jego sercu coś dojrzewało. Coraz częściej powracała myśl o Polsce. Nie była to tęsknota sentymentalna. Było to raczej poczucie niedokończonego zadania.
Św. Jan Bosko był już u schyłku życia. Twarz miał wyniszczoną, lecz spojrzenie zachowało dawną jasność. Często przyzywał Markiewicza do siebie.
— Siadaj, księże Bronisławie — mówił spokojnie. — Trzeba jeszcze porozmawiać.
Rozmawiali długo. Nie o sprawach codziennych, lecz o duchu, który musi przetrwać ludzi. Bosko dawał mu do przepisania swoje widzenia. Z pokory nazywał je snami, ale mówił o nich z powagą.
— To nie są obrazy dla ciekawych — wyjaśniał. — To wskazania dla tych, którzy będą musieli dźwigać odpowiedzialność.
Markiewicz pisał w skupieniu. Czuł, że te zapiski są jak testament.
Pewnego wieczoru Bosko zatrzymał pióro w jego dłoni.
— Pamiętaj — powiedział — jeśli duch zgromadzenia się rozluźni, dzieło się rozsypie. Praca i powściągliwość. Tego trzeba strzec jak źrenicy oka.
— Ojcze — zapytał cicho Markiewicz — czy to wystarczy?
Bosko spojrzał na niego długo.
— Wystarczy, jeśli będzie wiernie zachowane.
Po chwili dodał, jakby mimochodem:
— Wrócisz do Polski. Otworzysz domy dla opuszczonych dzieci. Powstaną zakłady. Rozwiną się, ale tylko wtedy, gdy nie zapomnisz o zasadzie pracy i powściągliwości.
Markiewicz nie odpowiedział od razu. Wstał, podszedł bliżej i ucałował rękę Fundatora.
— Jeśli Bóg da mi siły, będę wierny — powiedział.
Nie przeczuwał jeszcze, ile ta wierność będzie kosztować.
Gdy 31 stycznia 1888 roku św. Jan Bosko odszedł, Markiewicz stał przy jego łóżku. Ucałował rękę swojego ojca duchowego po raz ostatni. Na pogrzebie panowała atmosfera niezwykła. Był żal, ale był też pokój, jakby wszyscy wiedzieli, że żegnają świętego.
Wkrótce pojawiła się nadzieja, która wydawała się odpowiedzią na proroctwo.
W tym samym roku śluby w zgromadzeniu salezjańskim złożył książę August Czartoryski. Nazwisko, które otwierało drzwi całej Europy, tutaj nie miało znaczenia. W nowicjacie był jak inni: milczący, skupiony, posłuszny.
Markiewicz pisał o nim do matki Ksawery, karmelitanki bosej w Krakowie:
„Książę August... obecnie jest zakonnikiem najwzorowszym pod każdym względem… Powszechnie nazywają go drugim Alojzym”.
To nie był komplement. To było świadectwo.
W rozmowach coraz częściej padało jedno słowo.
— Polska.
Pewnego dnia ks. Rua powiedział do Markiewicza:
— Jeśli Bóg pozwoli, książę August stanie na czele wyprawy do waszego kraju.
Markiewicz poczuł, jak serce przyspiesza.
— A ja? — zapytał.
— Prawdopodobnie i ty będziesz z nim wysłany.
W liście do matki Ksawery pisał z nadzieją:
„Niechże Matka się modli i każe się modlić, aby to co rychlej się spełniło… Towarzyszów wyprawy ma książę August już gotowych… Na razie wystarczy sześciu Polaków”.
Plan był jasny. Wyprawa miała być wspólna. Książę na czele, kilku salezjanów u boku, on sam w cieniu.
Lecz Opatrzność prowadziła inaczej.
Książę zachorował ciężko. Siły nie wróciły już w pełni. Niedługo po święceniach odszedł do wieczności.
Kiedy Markiewicz usłyszał o jego śmierci, długo milczał.
— Pan Bóg wie lepiej — powiedział w końcu.
Zrozumiał, że droga do Polski nie będzie triumfalną wyprawą. Nie będzie księcia na czele. Nie będzie gotowego orszaku.
Jeśli wróci, wróci inaczej.