23/06/2026
Artysta Jarosław Tyszyński zmarł na gruźlicę 17 kwietnia 1930. Dla swojej córki Danuty był miłością życia: „Trzy lata mieszkaliśmy z ojcem – bo nie mogę powiedzieć, że z matką. Moja mama wyjeżdżała o szóstej rano do Warszawy, żeby pracować jak wół, od rana do wieczora. Wracała późnym wieczorem, kiedy ja już spałam. Z tego wynikła niezwykła sytuacja: ojciec – chory na otwartą gruźlicę – pielęgnuje od urodzenia maleńkie dziecko.
Moje powiązania z ojcem były bardzo duże. To, co pamiętam z najmłodszych dni i lat – bo ojciec żył jeszcze trzy i pół roku – moje życie było wielkim szczęściem. Pamiętam go jak cień, cień szczęścia. Ojciec mnie bardzo kochał, a ja odwzajemniałam swoją małą miłością jego miłość. Ojca tylko uznawałam, mama była osobą nieznaną. Zawsze był koło mnie, zawsze był blisko – i jakoś instynktownie mnie bardzo kochał. I ja to czułam.
Mama widziała, że to już ostatnie chwile ojca. Ojciec umarł w Wielki Czwartek, a w Palmową Niedzielę ciotka przyjechała do nas i zaproponowała, że mnie zabierze do siebie, żebym ja nie patrzyła na śmierć człowieka, którego tak kocham. Ja naturalnie nie chciałam jechać. Wiem, że strasznie się rozpłakałam, chwyciłam się framugi drzwi i nie można mnie było oderwać. I wtedy ojciec mi powiedział, że muszę się z nim pożegnać, i żebym nie płakała. Ja podeszłam do niego. Myśmy się nigdy nie całowali z ojcem, nie wolno mi było. Wolno mi było tylko piąstki włożyć do jego oczu, przyłożyć. I to było pożegnanie, powitanie… I tak go pożegnałam.
Wiem, jaką straszną rozpacz przeżyłam po raz pierwszy w życiu. Moja ciocia mnie prowadziła za rączkę i z tego płaczu – tam były sztachetki takie w oparkanieniu – wszystkie te sztachetki mi się zlewały. I to pamiętam. To była jedna z największych miłości mego życia”.
Na zdjęciu Danuta Tyszyńska-Kownacka z ojcem Jarosławem Tyszyńskim. Falenica, lata 20. Fot. ze zbiorów Danuty Tyszyńskiej-Kownackiej/AHM DSH