02/06/2024
THPV BEMBRIDGE 1938 - JEJ HISTORIA CZ VI - BY RAFAŁ ZAHORSKI
"Wejście do Świnoujścia i nasze przygody w drodze ze Świnoujścia do Szczecina"
Czwartek 19.02.2009
Nad ranem woda dalej była jak stół i nagle pojawiła się mgła. Około godziny 14:00 nagle zobaczyłem z mostka boję z literami NSW co oznaczało Świnoujście północ. To był najpiękniejszy widok jakiego mogłem się spodziewać. O rany! Udało się! Naprawdę dopłynęliśmy cali i zdrowi do Świnoujścia! Tak naprawdę czułem, że jesteśmy w domu.
Na wschodniej ostrodze na wejściu do portu stał Kamil Hajduk z Krystianem Szymysłem oraz nasz szef z Belgii oraz współwłaściciel firmy Magemar Polska pan Philippe Mairlot. To on nakręcił swoją kamerą film jak wpływamy do Świnoujścia. Ależ byłem szczęśliwy stojąc na dziobie Bembridge w żółtym sztormiaku i widząc jak mijamy kolejne nabrzeża Świnoujścia.
O godz. 18:00 zacumowaliśmy do dźwigów pływający DP 6 i DP 7 zacumowanych do nabrzeża Władysława IV. Z radością zadzwoniłem do domu – Aniu – już jesteśmy cali i zdrowi.
W czasie całej podróży towarzyszył mi strach i zapewniam, że nigdy się tak nie bałem w życiu. Ja po prostu bałem się by nic się nie stało naszej Staruszce bo przecież nawet w sztormie załoga i ja byliśmy bezpieczni.
Dla odpędzenia złych myśli czytałem co kilka godzin wpisy na forum Sedina.pl. Sam też starałem się umieszczać przynajmniej raz dziennie jakieś komentarze i informacje o postępach naszej podróży na forum. To, że tylu ludzi wraz z moją Anią obserwowało na AIS-ie jak płyniemy i że tyle ciepłych słów pojawiało się na tym forum dodawało mi otuchy i naprawdę działało kojąco. Całe te holowanie to była wojna nerwów – czy się uda, czy nic się nie stanie, aby tylko jej nie stracić. Z życzliwymi ludźmi ze Szczecina na forum Sedina.pl było nam wszystkim łatwiej.
Rano w piątek 20.02 o 9:00 już byliśmy ponownie na Bembridge. Nasza załoga na holowanie składała się z Kamila Hajduka, Marcina Figlaka i z mojej osoby.
Na holowanie mieliśmy do dyspozycji dwa holowniki – jeden holujący a drugi pomocniczy przy rufie. Na krótko przed holowaniem na naszym statku nagle pojawił się mój kolega z Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie – Tomek Mossur. Razem studiowaliśmy w jednej grupie i razem też pisaliśmy pracę by się obronić a tematem była nomen omen analiza ruchu statków w Świnoujściu. Zapytałem Tomek co tu robisz? A on – będę Cię Zahuś pilotował do Szczecina. Czy mogliśmy lepiej trafić? To mnie uspokoiło na początku, ale zaraz Tomek wylał mi na głowę wiadro zimnej wody. Rafał jest potężne zalodzenie na torze wodnym do Szczecina. Jakoś spróbujemy ale będzie ciężko i niebezpiecznie powiedział. Dla normalnych statków takie zalodzenie nie było problemem ale dla starego kadłuba Bembridge okazało się być nie lada wyzwaniem.
Około 11:00 dostaliśmy zgodę od Kapitana Portu Adama Białowąsa na holowanie. Wcześniej była bardzo słaba widoczność i dlatego musieliśmy czekać. Co ciekawe pan kapitan Adam Białowąs był naszym wykładowcą też z WSM w Szczecinie i obaj mieliśmy od niego oceny w naszych indeksach. Jednym słowem pomoc przychodziła z każdej strony.
Ekipa z Argusa dała nam na wszelki wypadek bardzo wydajną i jak się potem okazało bardzo sprawną pompę spalinową, gdyby pojawiły się jakieś nieszczelności. Tylko my w ferworze walki zapomnieliśmy się spytać jak się ją uruchamia.
Około 11:30 ruszyliśmy wolno do przodu. Owszem było na początku trochę lodu i gdzieniegdzie było widać płynące tafle. Na jednej z nich siedział nawet ogromny Orzeł Bielik trzymając w szponach rybę. Nagle przerwał posiłek, spojrzał na nas jakby oceniając czy mu nie zagrażamy i po chwili ponownie kontynuował swoją konsumpcję.
Kiedy wyszliśmy na Zalew Szczeciński z początku lodu było nie wiele. Ale wkrótce pojawiło się go więcej, ale póki co potężne bryły lodu były skutecznie rozpychane na boki przez holownik który nas holował. Ale już wkrótce okazało się, że lodu jest aż tyle, że niestety pole lodowe zamykało się tuż za rufą naszego holownika i lód niestety wprost przed naszym dziobem. Nagle zaczęliśmy słyszeć potężny łomot tafli lodowych uderzających najpierw o sterczące z prawej burty stalowe szyny niegdyś podpierające stalową platformę wejściową – jeszcze wtedy dziób trzymał się w miarę wolnym od lodu pasie w kilwaterze (ślad na wodzie) holownika Zadzwoniłem do Tomka i poprosiłem by zwolnił do prędkości minimalnej w tych polach lodowych. Cały konwój zwolnił ale musieliśmy płynąć minimalną prędkością manewrową holownika co w tych warunkach i tak wydawało się być za szybko.
Baliśmy się o te nieszczęsne sterczące z dna statku szyny i to, że gdy taka szyna zostanie oderwana z kadłuba to odpadnie wraz z kawałkiem blachy lub co najmniej powstanie dziura, a przez tą dziurę zacznie lecieć woda. Ale po jakimś czasie nasze szyny pokryły się lodem – po prostu zamarzła na nich woda, a kilka arkuszy lodu leżała na nich tworząc jakąś w miarę skuteczną ochronę.
Jak już jeden problem się zakończył to zagęścił się lód i potężne tafle lodu zaczęły uderzać w nasz biedny dziób. Tafle były grube albowiem po prostu składały się z dwóch lub nawet trzech warstw lodu nałożonych na siebie i często przymarzniętych i tak te „kanapki” dochodziły niekiedy niekiedy nawet do 40 cm grubości. To już było trochę za dużo. Na dziobie mieliśmy przyspawane ucho do którego statek był zacumowany starym kotwicznym łańcuchem w Gillingham. Ucho to pochodziło z roku 1976 i bałem się, że może nie wytrzymać. Takie amatorskie spawanie jest zawsze niezbyt pewne, a poza tym w miejscu spawów zawsze jest większa korozja.
Staliśmy na dziobie i z prawdziwym bólem patrzyliśmy jak ucho obrywa raz po raz taflami lodu, ale wszystko wyglądało normalnie.
Co 10-15 minut biegałem z latarką po zbiornikach dennych by posłuchać czy gdzieś nie leci woda. Owszem leciała, ale były to leniwe stróżki to tu to tam – może razem litr wody na minutę – to nie stanowiło żadnego problemu. Po pewnym czasie pobiegłem po raz kolejny.
Na dziobie jej pisałem poprzednio był zabezpieczony plandekami właz do fore peaku – czyli dosłownie do przestrzeni idącej poprzez wszystkie pokłady od góry do samego dna. Tutaj nie wchodziłem bo właz był solidnie zabezpieczony i nie miałem czasu tego rozplątywać. Ale zaraz za tą przestrzenią był pierwszy zbiornik balastowy który był otwarty. Będąc w łazienkach i szatni męskiej na prawej burcie usłyszałem nagle chlupot wody. Ten charakterystyczny dźwięk dobiegał ze zbiornika dennego. W świetle latarki zobaczyłem, że pływa w nim woda. Po wejściu do środka zaczęłam szukać źródła przecieku. Pierwsza myśl – o rany pewnie puszcza wodę na spawach od tych cholernych szyn. Ale po dokładnych oględzinach okazało się, że nie – te wrażliwe miejsca okazały się być w porządku. No to skąd leci woda? Nagle zobaczyłem sączącą się strużkę wody pod samym topem (sufitem) zbiornika – była tam jakaś dziura w kształcie podłużnym sugerującym po prostu pęknięcie blachy. Być może kiedyś kadłub coś w tym miejscu uderzyło. Ale nie to mnie przestraszyło – skoro woda leciała z tak wysoko położonej dziury to oznaczało to, że mamy pełno wody w fore peaku!!! Natychmiast rzuciłem się do włazu fore peaku. Po pracowitym rozwiązaniu lin i zdjęciu brezentów w końcu otworzyłem i uniosłem klapę i ... wcale nie trzeba było świecić latarką. No tak ucho zostało po prostu wepchnięte do środka kadłuba.
Po wejściu do forepeaku okazało się, że woda wlewa się bardzo szybko do środka. Postanowiłem znaleźć tą dziurę, ale by to zrobić musiałem wejść do wody po stalowej drabinie, którą schodziło się na dno forpeaku. Wymacałem ręką dziurę, a moja obie ręcę razem przechodziły na wylot, na zewnątrz statku. Oj niedobrze pomyślałem.
Co najciekawsze, a co dotarło do mnie dopiero potem, to woda miała temperaturę prawie 0 stopni, a ja pomimo tego, że byłem mokry nie czułem zimna i nie poczułem go aż do samego Szczecina.
Chłopaki alarm – lecimy po pompę. Przynieśliśmy pompę i węże. P***a była nowoczesna, ale większość oznakowania było już zatarte. Każda p***a ma wyjście (wypompowywanie) i wejście czyli zassanie. Ostatni raz spalinową pompę odpalałem na Darze Młodzieży czyli prawie 20 lat temu. Ani Kamil ani Marcin też nie mieli doświadczenia z tego typu sprzętem. W nerwach zaczęliśmy po prostu kombinować. Największy problem był gdzie jaki waż podłączyć? W obu kombinacjach p***a nie chciała pompować wody, a tu nie ma czasu na zabawę bo przecież woda leci i nie czeka, a dziób statku zaczyna się wolno zanurzać. Najciekawsze, że udało nam się natychmiast odpalić silnik Hondy odnajdując włącznik ssania . Tak to była już pierwsza ale jakże ważna połowa sukcesu. Zacząłem szukać w myślach – jak to się robiło? – i nagle doszło do mnie, że p***a musi być zalana wodą. Zalaliśmy są wodą i dalej nic. Potem przyszła druga myśl - przecież p***a nie pociągnie takiego słupa wody tak wysoko na pokład. Błyskawiczna decyzja i p***a wylądowała w forepeaku na niższym pokładzie stojąc już po ośki kół w wodzie, która szybko podnosiła swój poziom. Kolejne zalanie wody i odpalenie. Po jakiejś dłuższej chwili nagle słyszę krzyki – to moi koledzy krzyczą z góry Rafał leci woda!!! Ja zaś z całej tej radości zapomniałem by uciekać z Forepeaku. To była mała przestrzeń, która szybko się wypełniła spalinami z pompy. Kiedy uświadomiłem sobie, że trzeba wiać już miałem problemy by trafić do drabinki. Po wyjściu na świeże powietrze już bolała mnie głowa. Ale co tam! Ważne, że woda zaczęła dość szybko znikać z forepeaku. Uff, wszystkie kamienie spadły nam z serc. Po jakimś czasie już nie było wody. Znowu wskoczyłem na dół by na bezdechu wyłączyć pompę. Razem przenieśliśmy ją na pokład i znowu odpaliliśmy. Już do samego końca co 20 minut odpalaliśmy pompę na około 10 minut.
Pierwotnie były plany by zrobić rundkę honorową pod Wałami Chrobrego ale w takim stanie nie mieliśmy szans by w tym powitaniu brać udział. Bezpieczeństwo statku było najważniejsze. W końcu po przebojach dotarliśmy o godzinie 19:00 do naszej zaplanowanej stoczni, która wtedy znajdowała się pomiędzy Hutą Szczecin a Elewatorem Snop firmy Andreas na terenie byłego Energopolu.
O 20:00 już statek był bezpieczny – zaczęto wypompowywać wodę z balastów co spowodowało, że nasza dziura pojawiła się ponad powierzchnią wody.
I tak oto Stara Bembridge była w końcu znowu bezpieczna po 5 dniach jej holowania z okolic Londynu do Szczecina. A co najciekawsze była to jej pierwsza podróż morska od 1976 roku – czyli od 33 lat. Nasza Starsza Pani zdała jednak egzamin i pokazała, że wciąż, pomimo upływu czasu była walecznym statkiem, który nigdy żadnych sztormów się nie lękał. Oto ten kadłub bazujący na konstrukcji i kształcie statku wielorybniczego po raz kolejny pokazał swoją genialność i odporność na złe warunki atmosferyczne.
Za tydzień w niedzielę coś jeszcze o Bembridge znowu napiszę, choć nie będzie to już o holowaniu bo to jak widzicie właśnie skończyłem opisywać. Historię tą opisałem na świeżo w 2009 roku w trakcie holowania. Teraz tylko to obrobiłem stylistycznie by dało się to czytać.
A oto film nakręcony przez Philippe Mairlot w czasie jak wchodziliśmy do Świnoujścia:
https://www.youtube.com/watch?v=4mG0MGARKRI