18/09/2026
Są takie galerie, do których wchodzi się po prostu po to, żeby zobaczyć obrazy, a wychodzi z głową pełną kolorów, kształtów, historii i pytań.
Takim miejscem jest dla mnie Kunstmuseum Basel (w Bazylei ☺️)– jedno z najważniejszych muzeów sztuki w Szwajcarii, którego historia sięga aż 1661 roku. To właśnie wtedy Bazylea zakupiła kolekcję Gabinetu Amerbacha. Przez kolejne stulecia kolekcja rosła, tworząc niezwykłą podróż przez historię sztuki – od dawnych mistrzów po sztukę współczesną.
I właśnie ta możliwość przechodzenia przez kolejne epoki zrobiła na mnie największe wrażenie.
El Greco, Monet, Renoir, Cézanne… a chwilę później Matisse, Modigliani, Munch, Schiele, Kokoschka.
Potem świat zaczyna się zmieniać jeszcze bardziej. Kandinsky, Klee, Braque, Léger, Delaunay, Schlemmer, Feininger.
Każdy z nich patrzył inaczej.
Kandinsky pokazał, że kolor i linia mogą zacząć żyć własnym życiem.
Klee potrafił zamknąć w pozornie prostych formach całe światy.
Braque i Léger rozbijali rzeczywistość na geometryczne kształty, a Delaunay w Hommage à Blériot zamienił kolor, rytm i formę w coś niemal muzycznego.
Jest Chagall – trochę sen, trochę poezja, trochę wspomnienie.
Jest Dalí, Rodin, Warhol… i oczywiście Picasso.
Przy jego pracach przypomniała mi się niezwykła historia związana z Bazyleą. W 1967 roku mieszkańcy miasta zaangażowali się w zebranie pieniędzy, aby dwa obrazy Picassa mogły pozostać w muzeum. Historia dotarła do artysty. Picasso był tak poruszony przywiązaniem mieszkańców do jego sztuki, że podarował Bazylei kolejne swoje dzieła. Lubię tę historię, bo pokazuje, że galeria to nie tylko budynek pełen obrazów. To także ludzie, dla których sztuka staje się ważna.
A Picasso jest tu obecny nie tylko na płótnie. W muzeum można zobaczyć również jego rzeźbę – i znów spotkać tego samego artystę, ale jakby z zupełnie innej strony.
Jest też Roy Lichtenstein i wystawa poświęcona jego twórczości. Lichtenstein, jeden z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli pop-artu, czerpał z komiksów, reklam i kultury masowej. Charakterystyczne czarne kontury, mocne kolory i kropki imitujące druk stały się jego własnym językiem artystycznym.
Obrazy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się proste, zaczynają zadawać całkiem poważne pytania: czym właściwie jest sztuka? Co sprawia, że zwyczajny obraz z kultury masowej staje się dziełem sztuki? Gdzie przebiega granica między sztuką a codziennością?
I oczywiście jest mój Van Gogh 🌻 😁 Spotkanie z jego obrazem zawsze jest dla mnie czymś więcej niż oglądaniem kolejnego dzieła w muzealnej sali. Może dlatego, że jego malowanie tak bardzo przypomina mi, że obraz nie musi być jedynie odwzorowaniem tego, co widzimy. Może być sposobem patrzenia. Przeżywania. Szukania własnego języka.
W galerii w Bazylei można przejść obok obrazu, który powstał kilkaset lat temu, potem stanąć przed abstrakcją Kandinsky'ego, zachwycić się światem Klee, spotkać Picassa, zatrzymać przy Van Goghu, a na końcu znaleźć się w świecie pop-artu Lichtensteina.
Tak różne języki, a przecież wszyscy próbują odpowiedzieć na podobne pytanie: jak pokazać świat?
Nie ma jednej odpowiedzi.
I całe szczęście. Bo sztuka nie musi być jedną odpowiedzią.
Może być El Greco, Monetem, Van Goghiem, Klee, Picassem, Chagallem, Munchem czy Lichtensteinem.
A może być też po prostu nasza. Ta, którą dopiero zaczynamy tworzyć.
I może czasem wystarczy tylko wziąć pędzel do ręki i pozwolić sobie spróbować. I w końcu zrozumieć słowa Van Gogha:
"Jeśli słyszysz w sobie głos mówiący: nie potrafisz malować, wtedy za wszelką cenę maluj, a ten głos ucichnie.” -Vincent van Gogh.