13/06/2026
Zmarł nasz drogi Przyjaciel Daniel Kufel. Był malarzem Żuław i człowiekiem, który rozumiał, że stary dom można kochać tak samo jak człowieka.
Są ludzie, których spotykamy na swojej drodze i po latach pamiętamy ich twarz, głos albo kilka wspólnych historii. Są też tacy, którzy stopniowo stają się częścią naszego własnego sposobu patrzenia na świat i dopiero kiedy odchodzą, uświadamiamy sobie, jak wiele rzeczy oglądaliśmy przez ich oczy. Daniel Kufel należał właśnie do tych drugich.
Znaliśmy się ponad dekadę. W skali życia niekoniecznie długo, ale były to lata intensywne, wypełnione rozmowami, wspólnymi odkryciami, podróżami, sporami, śmiechem i zachwytami. Zaczęło się od wspólnej pasji do historii, Żuław i domów podcieniowych. Z czasem okazało się jednak, że te zainteresowania były jedynie drzwiami prowadzącymi do znacznie większego świata.
Rozmawialiśmy o wszystkim. O Bogu i przemijaniu. O Gdańsku i jego utraconych światach. O mennonitach, luteranach i dawnych mieszkańcach Żuław. O malarstwie, muzyce, literaturze, architekturze, samochodach i ludzkiej naturze. Nie pamiętam spotkania, podczas którego zabrakłoby tematów. Wręcz przeciwnie, zwykle kończył się czas, a nie rozmowa.
Myślę, że obaj czuliśmy się czasem trochę samotni w świecie. Nie dlatego, że brakowało ludzi wokół, lecz dlatego, że trudno znaleźć kogoś, kto naprawdę chce patrzeć głębiej. W środowisku miłośników zabytków i pasjonatów historii łatwo znaleźć ludzi zainteresowanych tym samym tematem. Znacznie trudniej trafić na tych, którzy rozumieją, że stary dom nie jest tylko budynkiem, obraz nie jest dekoracją, a historia nie jest zbiorem dat. Była nas garstka, profesor Andrzej Januszajtis, Sławek Romanowski, kilka innych osób. Daniel był jednym z tych nielicznych, przy których nie trzeba było niczego tłumaczyć.
Miał silny charakter i mocne przekonania. Potrafił powiedzieć prawdę prosto w oczy i nie miał cierpliwości do głupoty, zakłamania, historycznych fałszerstw ani urzędniczej obojętności wobec dziedzictwa. Drażnili go dyletanci i bylejakość. Drażniło marnowanie rzeczy wartościowych. Jednocześnie ten sam człowiek, który potrafił bezlitośnie punktować absurd i niekompetencję, był niezwykle ciepły, lojalny i pomocny. Kochał zwierzęta. Potrafił współczuć i poświęcić swój czas innym. Był jednym z najbardziej uczciwych ludzi, jakich poznałem, uczciwych nie tylko wobec innych, ale przede wszystkim wobec siebie.
Pozostanie dla mnie również symbolem niezwykłej pracowitości. Przez ponad czterdzieści lat ratował swój dom podcieniowy. Prowadził galerię sztuki. Organizował zajęcia dla seniorów, które w ostatnich latach dawały mu szczególną satysfakcję, opowiadał o nich z dumą, cieszył się z ludzi, których uczył, i z tego, że potrafił rozbudzać w nich ciekawość świata. Edukacji nie traktował jak obowiązku. Traktował ją jak misję.
Trudno jednak mówić o Danielu bez mówienia o jego domu. Przez lata miałem wrażenie, że ten dom całkowicie zawładnął jego wyobraźnią, wszedł mu na głowę, zdominował myśli, wciągnął w swoje ściany. Ale był to układ sprawiedliwy. Daniel dawał domowi życie, a dom odwdzięczał się inspiracją. Z jego belek, okien i historii wyrastały kolejne obrazy, szkice i opowieści. Był to związek człowieka z miejscem tak głęboki, że po latach trudno było już powiedzieć, gdzie kończy się Daniel, a gdzie zaczyna jego dom.
Był przede wszystkim malarzem Żuław. Jego wielkim mistrzem był Pieter Bruegel, nie dlatego, że próbował go naśladować, ale dlatego, że odnajdywał w jego twórczości tę samą mieszaninę symbolu, groteski, humoru i prawdy o człowieku, która fascynowała go przez całe życie. Moim mistrzem był David Teniers i być może właśnie dlatego tak dobrze się rozumieliśmy. Daniel łączył w swoich obrazach umiłowanie architektury, natury i symboliki. Żuławy nie były dla niego krajobrazem, były bohaterem. Inspirowała go też Biskupia Górka, Gdańsk i stare domy rozsiane po Pomorzu, ale to żuławska ziemia pozostawała centrum jego świata.
Jeszcze niedawno opowiadał o cyklu obrazów poświęconych kotom, nie zwykłym, lecz obdarzonym ludzkimi cechami, obserwującym nasze słabości i przywary. Pierwsze ślady tego pomysłu pojawiały się w jego twórczości już wcześniej. Miał jeszcze tyle planów, tyle szkiców i tyle obrazów do namalowania.
Z czasem do naszej przyjaźni dołączyła moja najstarsza córka Emilia. Daniel przez lata uczył ją rysunku, malarstwa i historii sztuki, ale nie tylko uczył. W pewnym sensie ją wychowywał. Pokazywał jej świat, którego nie znajdzie się w podręcznikach. Uczył cierpliwości wobec sztuki, szacunku dla warsztatu i umiejętności patrzenia. Dzięki niemu sztuka stała się dla niej czymś żywym. Sobotnie spotkania z Danielem przez lata stanowiły część naszego rodzinnego rytmu, a w moich dzieciach budził nie tyle respekt, co autentyczną sympatię.
Kilka tygodni temu moja najmłodsza córka Ola upiekła dla niego ciasteczka bez cukru, wiedząc, że zmaga się z cukrzycą. Daniel był zachwycony, chwalił je, dziękował i cieszył się nimi jak dziecko. Ola przeżywała to przez wiele dni, a potem zabrała się do kolejnej partii: konsultowała przepis, poprawiała szczegóły, chciała, żeby były jeszcze lepsze. Daniel już ich nie spróbował.
Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmuje nasza wspólna podróż do Londynu sprzed dwóch lat. Pojechaliśmy tam z Emilią. Zwiedzaliśmy galerie i muzea, ale nie w sposób, do jakiego przyzwyczaiła współczesność, nie chodziło o odhaczanie punktów programu. Przy obrazach Blake’a, Turnera czy Rubensa potrafiliśmy spędzać długie godziny, zastanawiając się nie tylko nad techniką, ale nad procesem twórczym, filozofią i światem ukrytym pod warstwą farby. Wieczorami trafialiśmy do Soho, gdzie przy jednym małym, odgazowanym ciemnym piwie rozmawialiśmy do późna o życiu, sztuce i historii.
Szczególnie przejmująca była wizyta w domu Charlesa Dickensa. Dla większości odwiedzających to muzeum. Dla nas było to spotkanie z czyjąś bratnią obecnością. Gabinet, w którym pracował. Biurko, przy którym pisał. Łóżko, na którym umarł. Chodziliśmy po tych pokojach nie jak turyści, lecz jak ludzie należący do tego samego świata pamięci, książek, starych domów i opowieści. Daniel żartował wtedy, że kiedyś będzie nas nawiedzał jako duch. Śmialiśmy się. Dziś ten żart brzmi zupełnie inaczej. I szczerze mówiąc, bardzo bym chciał, żeby dotrzymał słowa.
Jednym z najpiękniejszych rozdziałów naszej przyjaźni były wieczory w naszym domu podcieniowym w Żuławkach, czasem pod podcieniem, kiedy letnie powietrze niosło zapach pól i kwiatów, czasem w wielkiej izbie, przy długim stole, wokół którego gromadzili się artyści, historycy, przedsiębiorcy, lekarze, prawnicy, pisarze, poeci i ludzie po prostu ciekawi świata. Wino lało się niespiesznie, rozmowy przeciągały się do późnych godzin, a Daniel niemal zawsze stawał się duszą towarzystwa. Potrafił jednym zdaniem uruchomić wielogodzinną dyskusję, opowiadał z niezwykłą swadą i budował obrazy słowami tak, jak malował je na płótnie. Miał w sobie coś z dawnych gospodarzy salonów intelektualnych, tych, którzy potrafią zgromadzić przy jednym stole ludzi o różnych poglądach i doświadczeniach i sprawić, że nikt nie chce wracać do domu.
Kiedy choroba zaczęła odbierać mu siły, zawiesiłem te spotkania niemal na dwa lata. Na naszym jubileuszu 200 lecia domu już nie mógł się pojawić bo trafił wtedy do szpitala. Wszyscy czekaliśmy, aż wróci do zdrowia. Wydawało się oczywiste, że jeszcze usiądziemy przy tym stole, otworzymy butelkę czerwonego wina i będziemy rozmawiać do drugiej czy trzeciej w nocy. Dziś wiem, jak bardzo będzie mi brakowało właśnie tych wieczorów.
Ostatnie lata były dla Daniela trudne. Choroba przynosiła kolejne komplikacje, ale on uparcie wracał do rozmów, do sztuki, do swoich uczniów, do planów, do Żuław, do ludzi, których kochał i cenił. Nawet wtedy pozostał artystą. W ostatnim roku namalował tylko dwa obrazy. Jeden pozostał niedokończony. Na drugim dwa żuławskie bażanty walczyły w powietrzu i dziś trudno nie widzieć w tym symbolu jego własnej walki. Powstał też obraz na podłodze domu z kompasem prowadzącym okręt przez niepewne wody. Tak widział swój dom - jako okręt, gdzie jest kapitanem. Tworzył szkice, w których róże splatały się z kroplówkami i strzykawkami. Nawet szpital stawał się dla niego inspiracją. Nawet cierpienie próbował zamienić w sztukę.
Dziś najbardziej boli świadomość, że nie odbędziemy już kolejnej rozmowy. Że nie zadzwoni telefon. Że nie usłyszę: Przyjedź, muszę ci coś pokazać. Ale wiem też, że są ludzie, którzy po śmierci pozostawiają po sobie pustkę, i są tacy, którzy pozostawiają obecność. Daniel należy do tej drugiej grupy.
Jest obecny w swoich obrazach. W uratowanym domu. W Żuławach, które przemierzył pieszo i na rowerze lepiej niż niejeden badacz. W swoich uczniach. W Emilii. W moich dzieciach. W opowieściach, które zostawił. W sposobie, w jaki patrzę dziś na świat.
Był moim przyjacielem. I będzie mi go brakowało bardziej, niż potrafię to wyrazić.
Pogrzeb będzie miał miejsce w najbliższy czwartek o godz. 12.00 na Łostowickim Cmentarzu w Gdańsku (ceremonia pożegnalna w Kaplicy Głównej).