19/03/2026
𝗨𝗖𝗜𝗘𝗞𝗜𝗡𝗜𝗘𝗥 𝗪𝗘 𝗠Ł𝗬𝗡𝗜𝗘..w Mrowinie
Niedawno wspominaliśmy co wydarzyło się w naszych okolicach w okresie walk o Poznań u progu roku 1945 (linki w komentarzach).
Dzięki Patryk Mieloch możemy dziś przybliżyć jeszcze jedną historię związaną z tamtym czasem.
***
Jednym z Niemców uciekających z broniącej się wtedy jeszcze przed sowietami poznańskiej cytadeli był Otto Jörn. Urodzony w 1923 r., latem 1941 r. został wcielony do Wehrmachtu, z którym walczył m.in. na froncie wschodnim. W lipcu 1944 trafił do szkoły podchorążych piechoty w Poznaniu, a następnie do Twierdzy Poznań. W czasie walk został ranny, a 13 lutego dostał się do sowieckiej niewoli. Udało mu się z niej jednak uciec wraz z innym żołnierzem.
W nocy z 16 na 17 lutego, po pokonaniu piechotą około 20-25 kilometrów uciekinierzy dotarli do Mrowina:
"Chcieliśmy dotrzeć do lasu przed świtem, by móc w nim bezpiecznie spędzić dzień. Gdzieś w pobliżu miejscowości Mrowino (Joachimsfelde) położyliśmy się na ziemi, plecami do siebie, by móc oddać sobie trochę ciepła. Pomimo zmęczenia nie mogliśmy zasnąć z powodu przejmującego zimna. Po jakimś czasie postanowiliśmy poszukać jakiejś zagrody. Trafiliśmy na solidny młyn, położony lekko na uboczu [przy dzisiejszej ulicy Zbożowej - przyp. MS]. Spotkaliśmy w nim samotnego, polskiego młynarza z amputowaną podczas pierwszej wojny światowej nogą." Młynarzem tym był najprawdopodobniej Wiktor Nowak, pierwszy właściciel mrowińskiego koźlaka rozebranego ostatecznie 76 lat później.
Jak wspomina Otto Jörn, młynarz "jęczał i zaklinał się na życie, bo bał się, co z nim będzie, gdy nas u niego znajdą. Oświadczyliśmy mu, że udamy się do szopy z drewnem, gdzie na zmianę będziemy trzymać wartę. Groziliśmy represjami, jeżeli opuści swój dom i pójdzie do wsi, by nas zdradzić. Zajęliśmy naszą kwaterę i mogliśmy liczyć jedynie na to, że nasze groźby będą skuteczne, bo żaden z nas nie był w stanie czuwać ani chwili dłużej. Padliśmy ze zmęczenia i po chwili spaliśmy, jak zarżnięci. Po około, jak się później okazało, dwóch godzinach, obudziły nas głośne, nerwowe okrzyki: „Hände hoch!”. Napastnicy walili kolbami w drewniane drzwi. Nie mieliśmy złudzeń – stąd nie było ucieczki. Nie chcąc prowokować losu, wyszliśmy przed szopę. Musieliśmy wyglądać komicznie, bo obaj mieliśmy te same rany: lewa ręka podniesiona w górę, prawa, cała brudna od krwi na temblaku. Naszym oczom ukazał się ciekawy widok: pięciu albo sześciu polskich milicjantów stało przed nami, krzycząc nieprzerwanie, pomimo że nie stwarzaliśmy już żadnego zagrożenia. Chyba się bali. Bez wątpienia zdradził nas młynarz. Było dla mnie jasne, że nie podejmiemy przed latem kolejnej ucieczki, chyba że nadarzyłaby się specjalna okazja. Milicjanci zaprowadzili nas na miejscowy posterunek [tj. prawdopodobnie do Rokietnicy do budynku widocznego na zdjęciu - przyp. MS], gdzie komendant rozpoczął przesłuchanie. Nie szło mu najlepiej, bo milczeliśmy uparcie. Mimo to kazał nam przynieść dzbanek z kawą i słuszny talerz kanapek, za co byliśmy mu bardzo wdzięczni. A na tym nie koniec. Zaprowadzili nas do miejscowego szpitalika, gdzie naszymi, naprawdę kiepsko już wyglądającymi ranami, fachowo zajęła się pozostała na miejscu, starsza siostra – Niemka. Tam także dostaliśmy coś do jedzenia. Próbowaliśmy najeść się na zapas. Potem zostaliśmy dostarczeni do miejscowego więzienia, gdzie w międzyczasie zgromadzono już około 30 niemieckich jeńców".
O jakim "miejscowym więzieniu" pisze Otto Jörn? Oczywiście o nieistniejącym dziś już zakładzie przy ul. Bramowej w Mrowinie (w miejscu, gdzie obecnie znajduje się stacja uzdatniania wody). Więzienie to było przed wojną tzw. kolonią rolniczą, tj. zakładem karnym, w którym osadzeni resocjalizowani byli poprzez naukę rolnictwa - w tym pracę w należącym do więzienia gospodarstwie.
"Z powodu moich dość ciężkich ran, nie mogłem zostać skierowany do takiej pracy [w gospodarstwie - przyp. MS], ponieważ jednak miałem zapracować na swoją oszałamiającą rację żywnościową: suszone warzywa z wodą, zostałem skierowany ze szpatułką do obory. Moim zadaniem było zeskrobywanie łajna z krowich zadów. Pod koniec dnia zamykano nas po piętnastu w pomieszczeniu, gdzie na pryczach z siennikami spędzaliśmy noc. W kącie ustawiano duże wiadro, mające nam służyć do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Po cienkich zupkach bardzo nam się chciało, więc po północy z naczynia wylewało się już na podłogę. Nie mogliśmy go opróżnić, na drugie nie było żadnych szans. Życie uczy jednak, że do wszystkiego można się przyzwyczaić: po jakimś czasie nikomu nie przeszkadzał już ten .
Rankiem 18 lutego wraz z moim towarzyszem-uciekinierem zostałem przetransportowany, w eskorcie dwóch polskich milicjantów, do miejscowości odległej o pięć do siedmiu kilometrów, położonej przy bardzo uczęszczanej przez Rosjan arterii komunikacyjnej [tj. do Tarnowa Podgórnego - przyp. MS]".
Otto Jörn przeżył wojnę, zmarł w Hanowerze w roku 2008.
Jego wspomnienia - których fragmenty tu przywołałem - zostały wydane 2 lata później (Otto Jörn, Walczyłem w oblężonym Poznaniu, Poznań 2010).
Maciej A. Szewczyk