29/04/2026
Moje pierwsze spotkanie z Kinemą nie było wynikiem świadomej wyprawy miłośnika kina, lecz zwykłym szkolnym wyjściem w czasach gimnazjalnych. Nie pamiętam też jaki był tytuł filmu. Ze szkoły mieliśmy tam blisko, zaledwie kilka minut spaceru. Jak się później okazało, ta wizyta była jak podróż w czasie. Pamiętam to dziwne uczucie, które towarzyszyło mi po przekroczeniu progu... To nie było zwykłe kino. Raczej miejsce, które pod naporem historii lekko się uginało, ale wciąż trwało.
W holu pod moimi butami stukały stare kafle. W mojej pamięci zapisały się jako czarno-biała mozaika, choć dziś to wspomnienie jest już nieco zamglone, być może kolor był zupełnie inny. A mój wzrok mimowolnie uciekał ku masywnym schodom prowadzącym na balkon. Wszystko tam było jakieś inne niż sterylne sale, do których przyzwyczajała nas nowoczesność. Główna sala kinowa miała w sobie coś z zapomnianego teatru, panował tam specyficzny klimat, mieszanka kurzu, starych obić i echa dawnych premier. Już wtedy, jako nastolatek, czułem, że ten budynek swoje najlepsze lata ma dawno za sobą, że jest jak arystokrata w znoszonym surducie. Nie wiedziałem jednak, że te wspomnienia staną się kiedyś częścią opowieści o ratowaniu duszy naszego miasta.
Dziś, gdy patrzę na odkrytą cegłę remontowanej Kinemy, widzę tamten gmach z 1911 roku, bardzo popularny widok krążący po internecie. Wtedy świat pędził ku nieuchronnej katastrofie Wielkiej Wojny, a w Radomsku wyrastała świątynia nowoczesności. Kinema od początku była oknem, przez które mieszańcy Radomska mogli wyjrzeć na świat. Świat, którego nigdy nie mieli odwiedzić. To tutaj, w dusznej sali pachnącej marzeniami, nasi pradziadkowie widzieli, jak obraz ożywa i wydaje dźwięki. A nieśmiałe dotknięcia dłoni w ciemnościach balkonu budowały historie ważniejsze niż te na ekranie. Dla tamtych pokoleń Kinema była przecież świetnym miejscem na randkę!
Kinema przetrwała niemal wszystko. Okupację, siermiężne lata PRL-u i trudny czas transformacji, gdy kurz zapomnienia zaczął osiadać na jej zdobieniach coraz grubszą warstwą. Przez ostatnie lata patrzyliśmy z niepokojem, jak ten architektoniczny gigant niszczeje. Każdy odpadający płat tynku był jak zmarszczka na twarzy starszej osoby. Słyszałem, że wielu z nas, przechodząc obok kina, odwracało wzrok, nie mogąc znieść widoku tej dumnej niegdyś budowli, która stała się niemym wyrzutem sumienia nas wszystkich.
I oto nadszedł moment, na który czekaliśmy latami. Zdjęcia, które niedawno obiegły Radomsko (te z pracami rozbiórkowymi w środku) budzą w nas lęk i nadzieję jednocześnie. Lęk, bo każda ingerencja w zabytek jest jak operacja na otwartym sercu. Nadzieję, bo po raz pierwszy od bardzo dawna Kinema nie czeka już na wyrok, ale na ratunek.
Rewitalizacja to słowo techniczne, wręcz chłodne. Ale to, co dzieje się teraz, to proces bardzo ważny. Zdzierając stare warstwy, odsłaniamy nie tylko surową cegłę, ale i prawdę o nas samych, o mieście, które potrafi dbać o swoje dziedzictwo, nawet jeśli przypomniało sobie o tym w ostatniej chwili.
Kinema nie będzie już taka sama. Nie wrócą seanse z charczącym projektorem, nie wróci zapach tamtych lat. Czy to dobrze? Nie wiem. Historia musi jednak płynąć. W nowych wnętrzach, w odrestaurowanej tkance, wciąż będzie bić to samo serce, które czułem jako gimnazjalista na tych masywnych schodach.
Kiedy następnym razem zatrzymacie się przy placu budowy, zamknijcie na chwilę oczy. Poczujcie magię miejsca, które widziało więcej, niż ktokolwiek jest w stanie spisać.
Kurz wkrótce opadnie. Kurtyna, chciałoby się rzec, znów pójdzie w górę.