31/01/2026
Mrozy, jakie w tych dniach nawiedziły Gdańsk sprawiły, że po raz pierwszy od wielu lat Motława zamarzła. W ślad za tym pojawili się na niej łyżwiarze. Tym samym stojąc na Długim Pobrzeżu można oglądać obrazki jakby żywcem wyjęte ze „Wspomnień gdańskiego bówki”. W tomie pierwszym zawarł on m.in. takie wspaniałe opisy przedwojennego miasta:
„Podczas zimy uruchamiano w Gdańsku dwa lodowiska: jedno na kortach tenisowych przy Sporthalle [obecnie: Opera Bałtycka], a drugie przy Dellbrück-Allee (ul. M. Skłodowskiej-Curie), w miejscu, gdzie znajdowała się do niedawna kaplica oo. palotynów, a obecnie zbudowano kościół. Na obu lodowiskach było zawsze rojno i gwarnie, a lodowisko położone niedaleko szpitala miejskiego miało tę zaletę, że można było tam zjeżdżać z oblodzonego wzniesienia. Na obu lodowiskach zainstalowano głośniki, z których najczęściej płynęła melodia walczyka pt. „Łyżwiarze”.
Zmęczeni i głodni łyżwiarze mogli odpocząć na ławkach przy bufecie, gdzie można było otrzymać gorącą herbatę czy poncz i posilić się gorącymi parówkami. Mecze hokejowe drużyn gdańskich, w tym też Gedanii, odbywały się tylko na lodowisku przy hali sportowej.
Ze względu na koszty dalekiego dojazdu i opłaty za wejście woleliśmy z Willym [kolega Brunona Zwarry] hasać po zamarzniętych fosach. Gdy była odpowiednio wietrzna pogoda, rozpinaliśmy marynarki i popychani wiatrem zapuszczaliśmy się po przetartym specjalnym konnym pługiem torowisku na Motławie aż do dalekiego dla nas malców właściwego ujścia Raduni do tej rzeki, w miejscowości Krampitz, obecnie nazywającej się Krępiec. Stamtąd po krótkim wypoczynku w małej wiejskiej gospodzie, smagani przeciwnym wiatrem, a niekiedy gęstym śniegiem, wracaliśmy pieszo po pełnej twardych grud drodze do domu. Nic to, że kilkukilometrowa droga powrotna wymagała od nas dużego wysiłku, bo cóż to znaczyło wobec tej wspaniałej szybkości, z jaką przedtem pędziliśmy po lodzie”.
W innym miejscu wspomnień Zwarra przypomina jednak, że zima miały też groźne oblicze. Warto i o tym pamiętać:
„Gdzieś pod koniec lutego 1932 czy 1933 roku profesor Czartkowski [nauczyciel z Gimnazjum Polskiego] polecił memu kuzynowi Alemu, by przygotował na następną lekcję jakieś wypracowanie. Dla lepszego opanowania tego materiału wręczył mu nową grubą książkę i zwrócił uwagę, by otoczył ją należytą opieką. Kosztowała ona bowiem przeszło 50 guldenów, co równało się wtedy średniemu tygodniowemu zarobkowi urzędnika w Gdańsku.
Po lekcjach wybrałem się wraz z Alim na działkę. Skracając sobie drogę, nie przeszliśmy drewnianym mostem przy Hühnerberg (ul. Kurzej), tylko poszliśmy na przełaj po pokrywającym Opływ Motławy lodzie. Dzień był od rana słoneczny, więc miałem pewne wątpliwości co do trwałości lodu. Zwracałem Alemu uwagę na ciemniejsze miejsca, lecz ten zapewniał, że mogę być spokojny, gdyż przechodził rano z wieloma działkowiczami tą trasą. Byłem jednak przezorny i trzymałem się nieco z tyłu za prowadzącym kuzynem. W pewnej chwili usłyszałem za sobą wołanie stróża pilnującego porządku na wałach. Zamierzał nas prawdopodobnie ostrzec przed niebezpieczeństwem, jednak będąc już niedaleko przeciwległego brzegu, odwróciwszy się do niego, chciałem się już z niego śmiać, gdy nagle jakiś łoskot za mną kazał mi się ponownie odwrócić.
Zobaczyłem przed sobą sporą dziurę w lodzie i wynurzającego się z wody prychającego Alego. Spoglądał przestraszony przez swoje okulary w drucianej oprawie, a miał przy tym tak pocieszny wyraz twarzy, że chciałem się nawet głośno roześmiać. Zamarłem jednak, gdy spostrzegłem, jak Ali, chcąc się wydostać, łamie przed sobą lód i zbliża się niebezpiecznie do mnie.
Byłem na tyle przytomny, że rzuciłem za siebie trzymaną dotychczas paczkę i położyłem się jak długi na lodzie. Gdy Ali dotarł w końcu do grubszej warstwy lodu, podałem mu rękę i pomogłem z dużym wysiłkiem wydostać się na wierzch tafli. Stał ociekający wodą, gdy nagle wyrwał nam się obu okrzyk: „Książka!”.
Spojrzeliśmy na wodę, gdzie pośrodku dosyć sporego otworu w lodzie pływała i wirowała pękata od książek i zeszytów teczka Alego. Zanurzała się z każdym obrotem coraz głębiej, więc nie namyślając się, położyłem się znowu na lodzie i zawołałem do kuzyna, by kładł się na moje nogi. Spiesznie, lecz ostrożnie zacząłem się na brzuchu posuwać do przodu. Nie myślałem wcale, że mogę wpaść do wody, gdyż obawa o teczkę, a szczególnie o książkę profesora A. Czartkowskiego była zbyt wielka. Wiedziałem, co czekałoby Alego, gdyby teczka zniknęła bezpowrotnie w toni. Kolana moje moczyły się już w wodzie, gdy ostatnim wysiłkiem zdołałem uchwycić końcem palców wierzch teczki i szybko przyciągnąć ją do siebie.
Ku naszemu zdziwieniu ani ta cenna książka, ani pozostałe podręczniki nie doznały jakiegokolwiek uszkodzenia, gdyż były bardzo mocno ściśnięte. Nie poszliśmy już do przodu, tylko wróciliśmy poprzednią trasą, by udać się jednak mostem do domu. Tam mego kuzyna czekała, mimo próby zatajenia sprawy, nielicha przeprawa”.